Wakacje stały horrorem, a jednym z najgłośniejszych, który połączył w zachwycie krytyków i widownię, był ten od Zacha Craggera.
Film na całym świecie zarobił ponad ćwierć miliarda dolarów, co jest świetnym wynikiem dla twórcy dość niszowego. Same „Zniknięcia” mają kilka trochę bardziej znanych twarzy, to dalej nie był film o dużym budżecie ani promocji. Narrator na start wyjawia, że historia opowiedziana tutaj wymknęła się służbom i nigdy przez nie nie została rozwiązana — ba, została zamieciona pod dywan. A zaczyna się ona, gdy nauczycielka pewnej szkoły w małym amerykańskim miasteczku przychodzi do pracy, a w jej klasie jest jeden uczeń. W każdej pozostałej są wszyscy uczniowie i szybko dowiadujemy się, co się stało. Reszta dzieci z tej klasy zaginęła, dosłownie wybiegając o tej samej godzinie w środku nocy z domu w nieznanym kierunku.
I tu zaczyna się nietypowy styl opowiadania historii w tym filmie. Dostajemy po sobie kilka perspektyw różnych bohaterów, które popychają nam akcję do przodu. I tak zaczynamy od nauczycielki, na którą jest nagonka w mieście i rodzice zaginionych dzieci myślą, że ona wie coś o zaginięciu. My, oglądając jej perspektywę, zaczynamy sympatyzować z nią, a dokładniej współczuć, gdy jest niewinnie oskarżona o zaginięcie, potem szykanowana i momentami aż boi się o swoje życie. Widzimy także jej błędy — zapijanie smutków czy noc spędzoną z żonatym policjantem. Gdy zaczyna znajdować tropy w sprawie, od czego jest odciągana, zmieniamy perspektywę.
Później dostajemy kilka innych perspektyw i już nie będę opisywał fabuły, ale jest nią oczywiście poszukiwanie dzieci i odgadnięcie zagadki, co się stało, że o tej samej godzinie wybiegły ze swoich domów. Jednak zatrzymajmy się przy formie opowiedzenia tej historii. Zabawa z perspektywami oraz za każdym razem opowiedzeniem historii ciut dalej sprawia, że zmieniamy postrzeganie bohaterów. Motyw znany z różnych filmów, jak „Rashomon” Kurosawy czy „Monster” Koredy, i tutaj też działa świetnie. To, że stopniowo dowiadujemy się więcej i więcej, wcale nie zabiera nam tajemnicy, ale zbliża nas do bohaterów. Bo film tak naprawdę w dość wczesnej fazie odkrywa dużo kart i pokazuje widzowi rozwiązanie — a może tylko jego część — a potem układa tylko puzzle będące pomiędzy, żeby odkryć cały obraz sytuacji.
Sami bohaterowie są ciekawie nakreśleni i sposób opowiadania historii sprawia, że wraz z poznawaniem ich zmieniamy ich postrzeganie, mimo że w samej postaci nic się nie zmieniło. Działa to zarówno w przypadku głównych bohaterów, jak nauczycielki czy jednego z rodziców, którego perspektywę dostajemy i który pomaga jej we śledztwie. I swoją drogą, to bardzo dobry duet aktorski — Julia Garner i Josh Brolin świetnie się sprawdzają razem na ekranie. Także w przypadku bardziej pobocznych postaci, jak dyrektor szkoły czy miejscowy narkoman, który na swój sposób jest tragiczną postacią komediową.
Tak jak nowoczesne horrory to robią, i „Zniknięcia” wrzucają odrobinę komedii, często jako rozładowanie emocji — i to działa. Głównie z dwóch powodów: nie jest to wymuszone i sztuczne, a i trafia w odpowiedni moment. Jednak jest to na pierwszym miejscu horror i trzeba przyznać, że korzysta w sprawny sposób z wielu środków wyrazu tego gatunku. Film świetnie buduje klimat przez niewiadomą i dawkowanie widzowi informacji. Z drugiej strony jest tu trochę jumpscare’ów, które zaskakująco działają — dzięki ich użyciu niewiele razy. Natomiast końcówka filmu uderza w klimaty body horroru połączonego z mistycyzmem. I to teoretycznie najbardziej kontrowersyjny fragment, jednak według mnie zadziałało to. Szczególnie dzięki przejrzystości w tym mistycyzmie, który nie udaje naturalizmu, ale też działa na prostych zasadach — dzięki czemu w momentach kulminacyjnych tak dobrze działa.
„Zniknięcia” to prosta, acz ciekawa historia opowiedziana w świetny sposób. Mozaika, w którą jest ułożona, sprawia, że film ogląda się świetnie, a zagadka intryguje. Nic dziwnego, że film stał się takim hitem, a kolejne projekty Zacha Craggera będą zapewne oczekiwane.
8/10

