Darren Aronofsky po krytycznym sukcesie „Wieloryba” uderza w trochę luźniejsze klimaty ze swoim najnowszym filmem.
Film był promowany w stylu kina akcji z końcówki ubiegłego wieku, szczególnie że w tych latach osadzona jest akcja tego filmu. Poznajemy Hanka, młodego mężczyznę, który pracuje w barze. Po jednej ze zmian wraca ze swoją partnerką do domu, gdzie jego sąsiad oznajmia, że musi wracać do Londynu, bo jego ojciec miał udar. Wspomniany sąsiad zostawia mu pod opieką kota, ale nie tylko.
Następnego dnia do mieszkania sąsiada przychodzi dwójka zbirów, którym Hank zaczyna się stawiać i w końcu zostaje przez nich pobity. Traci przytomność na dwa dni. W tym czasie dowiadujemy się, że kiedyś był bardzo dobrze zapowiadającym się baseballistą, ale uległ wypadkowi, gdy prowadził samochód – a dokładniej, wjechał w słup, poważnie uszkodził nogę, czym zakończył karierę, a jego przyjaciel zginął.
To pobicie skutkuje zniszczeniem nerki. Jego partnerka uświadamia mu, że to oznacza koniec z alkoholem, który jest jego ucieczką od rzeczywistości. Daje mu rodzaj ultimatum – że ma poukładać swoje życie, jeżeli chce być z nią na dłuższą metę. Ten jednak, po znalezieniu ukrytego kluczyka swojego sąsiada, zatraca się w imprezowym rytmie z toną alkoholu w tle, z którego ratuje go partnerka, z którą się pokłócił.
Sytuacja z sąsiadem zaczyna się rozkręcać – po tym, jak inna ekipa próbowała się włamać do mieszkania, Hank zostaje finalnie porwany i torturowany, a następnie zgłasza sprawę detektyw, która odwiedziła go w szpitalu. To rozpoczyna na dobre karuzelę wydarzeń, w części bardzo tragicznych.
I tu poprzestanę, bo łatwo za dużo zdradzić, a sama intryga jest bardzo ciekawa. Historia kilkukrotnie potrafi zaskoczyć, nie bojąc się zabić ważnej postaci. Sam motyw z bohaterem uciekającym z jednej niebezpiecznej sytuacji, żeby wpakować się w jeszcze gorszą i skończyć między policją, Rosjanami i Żydami, bardzo dobrze buduje napięcie. Przypomina to schemat z „Snatch” Guya Ritchiego, mieszając kino akcji z absurdem wchodzącym w komedię. Dziwna wojna kulturowa między ścierającymi się stronnictwami wygląda absurdalnie i bywa zabawna, ale ma jakieś odniesienie do rzeczywistości.
Działa to bardzo dobrze, bo każdy z poszczególnych elementów po prostu działa – od wspomnianej intrygi, przez sceny akcji, których nie ma dużo, ale jak są, to wyglądają bardzo dobrze. Po aspekt komediowo-absurdalny, nadający filmowi luźnego charakteru, dobrze wpisujący się w czasy, w jakich się rozgrywa. Świetnym obrazem tego jest postać sąsiada Hanka – aż do bólu przejaskrawiony brytyjski punk, mówiący z akcentem, wiecznie pod wpływem substancji i pakujący bohaterów w problemy. Swoją drogą świetnie zagrana postać przez Matta Smitha.
W tym całym szaleństwie znajduje się nawet chwila na poważniejsze tematy. Przeszłość Hanka stoi pod znakiem tragedii, z której cały czas się nie otrząsnął, i pod wpływem wydarzeń z filmu zaczyna do nich inaczej podchodzić – od przekreślonej kariery sportowej, przez nieumyślne zabicie przyjaciela, do straty. Austin Butler jako złamany chłopak, który chce się z tego otrząsnąć, sprawdza się bardzo dobrze i trzeba przyznać, że pod względem obsady film stoi na wysokim poziomie, z wisienką na torcie w postaci matki Hanka.
Wracając do punku – film ma bardzo ciekawą i zróżnicowaną ścieżkę muzyczną. Więc tak, jest tu dużo więcej niż punk, ale co najważniejsze, wiele scen akcji jest zmontowanych pod muzykę i robi to świetne wrażenie. Nadaje to też scenom fajnego klimatu i przenosi do lat, w których trwa akcja filmu. Z kwestii technicznych warto wspomnieć o naprawdę ładnych kadrach i bardzo szybkiej pracy kamery – znowu, szczególnie w scenach akcji, dodaje ona dynamiki. Na delikatny minus wypadają efekty specjalne w niektórych scenach, które są dość sztuczne, ale nie wybija to też z imersji.
„Złodziej z przypadku” to bardzo dobry przykład kina rozrywkowego o wysokiej jakości i dbałości o każdy detal, które nie udaje czegoś, czym nie jest – czyli kinem akcji z dużą dawką absurdu i samoświadomości. Najdziwniejsze w tym jest to, że samego Aronofsky’ego jest bardzo mało w tym filmie – bardziej czuć tu wczesnego Guya Ritchiego, ale może po kilku cięższych produkcjach nowojorczyk potrzebował właśnie czegoś takiego.
7+/10

