Ari Aster wraca na ekrany kin z nowym filmem, promowanym jako obraz obecnej Ameryki z mocnym wątkiem pandemicznym.
Po sukcesie dwóch horrorów Amerykanina i bardzo mieszanym przyjęciu „Bo się boi”, przyszedł czas na najbardziej komercyjny film reżysera. Mimo że budżet był około dziesięć milionów dolarów mniejszy niż jego poprzednie dzieło, to wydaje się być najbardziej przystępny gatunkowo i ma iście gwiazdorską obsadę. Tak jak w jego poprzednim filmie, w głównego bohatera wciela się Joaquin Phoenix – jest on szeryfem w małym amerykańskim miasteczku, tytułowym Eddington. Film zaczyna się od kilku jego sprzeczek z burmistrzem miasta, Tedem Garcią, o podtekście pandemicznym. W skrócie: szeryf Joe nie chce nosić maseczki. Gdy ich konflikt się zaognia i widz dowiaduje się o ich dawnych niesnaskach, Joe postanawia wystartować w wyborach na burmistrza.
Ta rywalizacja między dwoma mężczyznami o pozycję napędza film przez dużą część jego trwania. Z jednej strony Ted Garcia – Latynos, liberał, człowiek, który chce rozwoju miasta, a jednocześnie chce utrzymać swoją dobrą pozycję. Z drugiej strony Joe, którego sama sceptyczność wobec koronawirusa buduje jako bohatera. Co warte odnotowania – film krytycznie podchodzi do obu stron. Tam, gdzie u jednego pokazuje głupotę, u drugiego naiwność. Joe jest wyśmiewany za absurdy, które mówi, a Ted – za populizmy. I szczerze powiedziawszy, ten wątek rywalizacji dwóch panów jest tu najciekawszy. Choć oczywiście to najprostsze odniesienie do polityki w USA, to jednak działa. Iluzja wyboru między świrem a marionetką w rękach korporacji. Niestety, wątek szybko schodzi na drugi plan, a jego zakończenie jest co najmniej rozczarowujące.
Drugi wątek, który staje się ważny, a potem pierwszoplanowy, to protesty. Zaczynają się niewinnie – Joe jedzie przez miasto, a tu kilkanaście osób na ulicy z transparentami. Okazuje się, że chodzi o znaną sprawę zabójstwa George’a Floyda – czarnoskórego mężczyzny zamordowanego przez policjanta. Z początku protest wydaje się absurdalny ze względu na liczbę osób i fakt, że policji z Eddington można prędzej zarzucić lenistwo i opieszałość niż agresję. Jednak protesty przybierają na sile, a sieć obiega materiał, w którym Joe brutalnie wyrzuca z baru lokalnego, bezdomnego świra-zadymiarza – oczywiście bez kontekstu całego zajścia.
To wątek, który w dużej mierze pokazuje chaos tego filmu – z jednej strony poważny temat, z drugiej absurd protestów, jakie są tu ukazane, z trzeciej nieudolność policji, która zmuszona jest zacząć podejmować ostrzejsze środki, aż po całkowite zaognienie konfliktu. Gdzie tak naprawdę już nie wiadomo, o co chodzi. Jest to czysty chaos, który początkowo ma kilka ciekawych momentów, jednak potem odlatuje. I tak jak poprzedni wątek kończył się rozczarowaniem, tak tutaj jest wprost odwrotnie – i niestety nie oznacza to nic dobrego.
Ostatnim „większym” wątkiem jest rodzina Joe, choć mniejszych wątków jest tu dużo. Zarzewiem konfliktu Joe z Tedem jest fakt, że obecna żona szeryfa za młodu miała przelotną relację z Tedem – i obaj interpretują to na różne sposoby. Finalnie żona Joe jest na niego zła, bo ten wykorzystał ten fakt w kampanii bez jej wiedzy, a o samym starcie w kampanii jej nie poinformował.
W tym samym czasie Joe zaczyna się interesować materiałami Vernona Jeffersona Peaka. Tak jak Joe można nazwać sceptykiem koronawirusowym, tak Vernon to totalny szur z przedziwnymi teoriami, które celowane są do odrzuconych tego świata. Jest to ciekawe założenie, jednak wątek – tak jak nagle się rozwija – tak równie nagle się kończy, jakby postanowiono wyrzucić całe jego rozwinięcie z filmu. Zostawia po sobie jedynie przyjemny epizod Austina Butlera jako właśnie Vernona.
I tu chciałbym napisać, że to właśnie obsada ratuje ten film – niestety nie. Tak, Joaquin Phoenix jest dobry w swojej roli, choć pozostaje ten pierwiastek niewykorzystanego potencjału. Natomiast reszta obsady to właśnie tylko niewykorzystany potencjał. Bardzo dobrze widać to po Pedro Pascalu, który świetnie wciela się w Teda Garcię – i co z tego, skoro jego wątek, jak i sama postać, kończą się rozczarowaniem. Emma Stone jako żona Joe – nijaki drugi plan. Wspomniany Austin Butler – ciekawy, ale to tylko epizod.
„Eddington” miał być filmem wielkim – niestety wyszedł z tego wielki chaos, który ma ciekawe poszczególne elementy i poniekąd szanuję próbę zmierzenia się z teraźniejszością. Jednak zmieszanie wielu tematów – od pandemii, przez politykę, do wszystkiego – i tego wszystkiego jest po prostu za dużo, a absurd, w jaki to wszystko tonie, czasem bawi, ale często też spłyca.
5/10

