Hlynur Pálmason to bez wątpienia jeden z najważniejszych twórców skandynawskiego kina.
Twórca filmów „Biały, biały dzień” i „Godland” prezentuje nam kolejne dzieło, które możemy oglądać dzięki stowarzyszeniu Nowe Horyzonty. Opowiada historie Islandzkiej rodziny, w której delikatnie mówiąc, nie układa się najlepiej. Małżeństwo wygląda, jakby było pogodzone z rozstaniem, co nie jest już tajemnicą dla ich trójki dzieci oraz lokalnej społeczności. Anna jest w domu z dziećmi, zajmuje się nimi oraz tworzy nietypową sztukę i liczy na dostanie się z nią do galerii. Natomiast Magnus pływa na statku łowiącym ryby i raz na jakiś czas pojawia się w domu, bardziej ze względu na dzieci niż relację z Anną.
Choć to z tej dwójki widać, że jemu bardziej zależy na powrocie. Natomiast Anna w przypływach chwil spokoju i szczęścia okazuje jakieś zainteresowanie byłym partnerem, jednak widać w niej zmęczenie i brak chęci na odnowienie relacji. Sama historia prowadzona jest dwutorowo, z perspektyw Anny i Magnusa, choć w tym pierwszym dużo ekspozycji dostają także dzieci. Które wydają się pogodzone z sytuacją w domu. Oczywiście mocno ukazując Skandynawską mentalność, gdzie już młode dzieci są świadome takich rzeczy, a nie jest to trzymane przed nimi w tajemnicy jako tabu.
Historia Anny jest dużo bardziej rozbudowana, widzimy ją jako kobietę, dla której dom i dzieci są na pierwszym miejscu, ale również bardzo zależy jej na sztuce i przebici się z nią do szerszego grona odbiorców. W połowie filmu oglądamy scenę, gdzie przylatuje kurator jednego z nich, jednak okazuje się, że opowiadanie o spisku lekarzy jest ważniejsze niż słuchanie o sztuce Anny. Która sama w sobie jest bardzo ciekawa, rozkłada ona białe płótna, na które kładzie dokładnie wycięte i umiejscowione kawałki metalu. I zostawia pod Islandzkim niebem, metal rdzewieje i rdza zostaje farba dla płótna.
Mimo artystycznych niepowodzeń historia ta nie jest pozbawiona humoru, oczywiście Islandzkiego, mocno nieoczywistego. Mocno czerpiąc z feminizmu, celnie krytykując mężczyzn podrywaczy, którzy chcą nawiązać relacje z Anną, w wiadomym celu. Obrywa się tu też Magnusowi, który nieudolnie namawia byłą partnerkę do powrotu. Jego wątek wydaje się bardziej pesymistyczne, życie między statkiem, na którym nie chce być i rodziną, która nie za bardzo chce jego obecności.
Pálmason w swoim dziele przedstawia w niezwykle naturalny sposób obu bohaterów. Film przez ukazuje proste scenki z życia, tak szczerość płynąca z nich jest niezwykła. Nie chce pisać banałów o ukazaniu prawdy o życiu, ale nie byłoby to nie trafne, do tego portrety postaci są niezwykle złożone i prawdziwe. Mimo że reżyser zauważalnie staje po stronie kobiety, tak każdy z bohaterów ma swoje ciemne i jasne strony, dążenia i frustracje, które często trzymają ich w miejscu.
Na przełamanie tego realizmu reżyser serwuje nam … no właśnie rzeczy nierealne. Ciężko tutaj opowiadać, bez wchodzenia w szczegóły, ale film nie raz nas zaskoczy i zaskakująco te wizje Islandczyka będą tutaj pasować, choć początkowo zaskoczą. Ten powiedzmy mistycyzm, daje też poczucie, ze w życiu bohaterów jest też coś więcej niż codzienność i daje duże pole do interpretacji.
Na koniec warto wspomnieć, że wizualnie film broni się, jako to kino Islandzkie ma w zwyczaju. Tak, na tej epickiej wyspie wszystko potrafi robić wrażenie, ale taka praca kamery jak tutaj to tylko potęguje. Długie spokojne ujęcia, szerokie kadry po prostu robią wrażenie, mi najbardziej imponowały sekwencje na statku, które realizacyjnie było strzałem w dziesiątkę.
Po wielkiej opowieści z „Godland” Pálmason serwuje nam bardzo osobiste kino i wcale nie schodzi z poziomu. To szczery film o relacjach rodzinnych, gdy nie są one najłatwiejsze, sztuce życia osobno i codziennej walce, jaką i odbywa każdy z nas.
7+/10

