Sang-il Lee to pięćdziesięciodwuletni japoński reżyser do tej pory niezbyt znany w Polsce, acz jego najnowszy film doczekał się dystrybucji i u nas.
Nadmieńmy bardzo okrojonej, acz taka była, sam film poza Japonią był bardzo doceniony za charakteryzacje na czele z nominacją Oscarową, szkoda, że jedyną. Film zaczyna się od lat ’60 ubiegłego wieku, podczas tradycyjnej kolacji z pokazem aktorskim. Kluczową postacią jest głowa rodziny, szef yakuzy, szybko okazuje się, że na scenie przebrany za kobietę występuje jego syn, z czego ojciec nie jest zadowolony. Jednak chłopak z występu już bardzo, podczas przebierania się po nim chłopak słyszy panikę z korytarza, po czym grupa zabójców otacza jego rodzinę. Jego ojciec w bohaterskim czynie chce pokazać synowi, jak zachowuje się mężczyzna i zostaje niehonorowo zabity strzałem pistoletu w plecy. Po roku nastolatek chce zemścić się na mordercach, bezskutecznie.
Film przenosi nas o kilka lat do przodu, do czego powinniśmy się przyzwyczaić, bo zrobi to jeszcze wiele razy, a my podczas jego trwania prześledzimy całą karierę Kikuo. Tak, chłopak zdecydował się w pełni zaangażować w teatr Kabuki. Został przyjęty pod skrzydła przez cenionego aktora, który ma syna w podobnym wieku. Chłopcy zaczynają tworzyć duet, jednak widać, że to Kikuo jest tym bardziej utalentowanym i pracowitym, a jego partner sceniczny skupia się na imprezowaniu. Różnica między dwójką się powiększa, gdy zaczynają występować na coraz większych scenach i staja się bardziej popularni. Kluczowym momentem staje się kontuzja ich mistrza, którego naturalnym następcą wydaje się syn, co zaczyna frustrować bardzo pracowitego Kukuo.
W tym miejscu zostawmy, choć w historii dwójki jeszcze dużo się wydarzy, to będzie to pełen wzlotów i upadków rozwój kariery. To oczywiście także opowieść o życiu prywatnym tej dwójki, a ono miało niezwykły wpływ na to zawodowe. Głównym tematem filmu wydaje się to, jak owa dwójka innymi ścieżkami kroczy na szczyt w kontekście japońskiej kultury i tradycji. Film zadaje wiele pytań, co jest ważniejsze umiejętności czy nepotyzm? Ciężka praca czy popularność? I wiele więcej, przy tym jest to naturalne dla historii, która mimo długiego metrażu i rozciągnięcie na wiele epizodów z życia bohaterów opowiedziana jest w sposób zajmujący i paradoksalnie potrafi utrzymać dobre tempo.
Co jest tym bardziej imponujące, bo film niemal w całości składa się ze zwykłych scen z życia, głównie rozmów oraz występów i prób teatralnych. I trzeba przyznać, że robi to wrażenie, fakt temat teatru kabuki był poruszany wielokrotnie przez wielkich Japońskiego kina. Jednak spojrzenie na niego w nowy sposób jest bardzo ważne, a do tego sam teatr wydaje się bohaterem tego filmu. Sceny występów są długie, nieśpieszne, a sam teatr świetnie buduje bohaterów. Od sali treningowej jako nastolatkowie, do występów przed wielką publiką. Warto dodać też, że film świetnie tłumaczy zasady tego teatru, swoistą hierarchiczność, jaką on posiada i jego kulturowy fenomen. Warto też zaznaczyć, ze same choreografie, stroje i gra podczas występów oraz umiejętność opowiadania historii w ten sposób robią ogromne wrażenie.
Jedyny punkt, za który jednoznacznie skrytykowałbym film to przesadzony patetyzm. Film, szczególnie w ostatnim akcie często potrafi pójść w podniosłe nuty i nie powiem, czasem to działa, jednak czasem jest to lekko przesadzone i takie zakończenie mogłoby być o kilkanaście minut krótsze. Z drugiej strony wpisuje się to w tematykę teatru, który był odrealniony.
„Kokuho” to bez wątpienia wielkie kino o wielkiej tradycji i sztuce, jakim jest teatr kabuki, to hołd dla aktorów, jak i wszystkich, którzy stoją za tą twórczością. Film trwający trzy godziny, który niemal bez akcji mija niepostrzeżenie, a przy tym zostawia widzowi wiele tematów do przemyśleń.
7+/10

