Dag Johan Haugerud na festiwalu w Berlinie zaprezentował „The Oslo Trilogy”, w której znalazła się premierująca właśnie w polskich kinach „Miłość”.

Mimo że to trzecia część układanki, która w Polsce będzie miała tytuł „Sny o miłości”, zdobyła nagrodę na tym festiwalu. Każde z trzech dzieł spotkało się zresztą z ciepłym odbiorem. W tej odsłonie śledzimy losy dwójki bohaterów – kobiety w średnim wieku, Marianne, oraz jej znajomego z pracy, geja o imieniu Tor. Zaczynamy od rozmowy Marianne z przyjaciółką, która naciska, by ta wreszcie znalazła sobie partnera. Marianne kwituje to słowami, że to przyjaciółce bardziej na tym zależy niż jej samej. Jednak ta rozmowa zaczyna w niej kiełkować – szczególnie gdy poznaje Olego podczas spotkania ze znajomymi, które kończy się napadem histerii jego byłej żony.

To przerywa rodzące się porozumienie między Marianne i Ole, ale też zadaje wiele pytań o sens takiej relacji – zwłaszcza w kontekście jego byłej żony mieszkającej tuż obok i dwójki dzieci z tamtego związku. Wracając tego dnia do domu, Marianne wpada na promie na Tora, który opowiada jej o swoim życiu – znacznie bardziej frywolnym niż jej własne. Często podróżuje promem w kółko, by spotkać partnera na jedną noc – czasem do rozmowy, czasem w innym, bardziej oczywistym celu.

Od tego momentu dwójka zaczyna kwestionować swoje podejście do relacji, a przy tym ich własna więź się zacieśnia. Stają się prawdziwymi przyjaciółmi. Jednak nie jest to hollywoodzka produkcja, w której bohaterowie nagle się zmieniają – film działa na subtelnościach. Tak, obydwoje wychodzą ze swojej strefy komfortu, choć nie w tak oczywisty sposób, jak można by się spodziewać. Bo „Miłość” to tak naprawdę prosta historia o relacjach i o szukaniu dla siebie miejsca wśród innych. W tych właśnie prostych sytuacjach film potrafi podjąć wiele tematów i kwestii moralnych, zderzając ze sobą różne postacie i ich punkty widzenia.

W gruncie rzeczy „Miłość” to powolny, przegadany film, który – owszem – ma momenty, które kolokwialnie mówiąc, się ciągną, ale same dialogi są bardzo dobre. To ta skandynawska mieszanka surowości z ciepłem, powagi z humorem. Osobliwa, ale skuteczna kompozycja, która często łączy sprzeczności, zachowując przy tym niezwykły naturalizm i szczerość. I właśnie ta szczerość jest kluczem do filmu – szczególnie w momentach, gdy bohaterowie wypowiadają na głos swoje uczucia, te najgłębsze, które większość z nas zostawiłaby tylko dla siebie.

Samo miasto zdaje się być ważnym bohaterem tego filmu. Choć nazwa trylogii może mylić, nie chodzi tu o Oslo – stolica Norwegii jest jedynie wspominana. Jesteśmy w dużo mniejszym mieście, połączonym promem ze stolicą, gdzie życie toczy się inaczej, a bohaterowie czerpią z tego na różne sposoby. Pytanie z gatunku „czy wolisz być gwiazdą w małym mieście, czy jednym z wielu w metropolii” wybrzmiewa tutaj w każdym z nich, choć nigdy nie zostaje wypowiedziane wprost. A swoją drogą – samo miasto i jego okolice wyglądają po prostu przepięknie.

„Miłość” to iście skandynawska opowieść o ludziach, którzy nie potrafią odnaleźć się w relacjach. Przegadana, czasem słodka, czasem surowa, czasem zabawna – pełna emocji, mimo że momentami się dłuży. Prosta, ale zadająca wiele ciekawych pytań i dająca pole do przemyśleń.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *