Bi Gan zmartwychwstał kino.
Na początku było kino, a potem wszystko się zaczęło, dalej już tylko memy „film machen”, gdy w tegorocznym konkursie głównym w Cannes nie ogłoszono jego film. A potem dostaliśmy uzupełnienia i film się tam znalazł, na koniec dostaliśmy tą ikoniczną relację na Instagramie ze zdjęciem Bi Gana sugerującym, że ukończył on film dwa dni przed premierą. Czy to prawda? Możliwe, ale na pewno stworzyła pewną mitologię filmu przed premierą, a po premierze był już tylko zachwyty i nagroda specjalna dla Chińczyka.
Przyznam, że to w czasie festiwalu w Cannes pierwszy raz usłyszałem to nazwisko. Jego pierwszy szerzej zauważony film miał premierę na festiwalu w Locarno w 2015 roku, który nadrobiłem i przyznam, że tak jak doceniam jego metaforyczność to zmęczył mnie. Natomiast „Długa podróż dnia ku nocy” z 2018 roku była świetnie przyjęta i widzowie mogli ja oglądać w Polsce na Nowych Horyzontach tak jak jego najnowszy film.
Który jest dziełem niezwykłym, zaczynamy od niemego filmu, który utrzymany jest w formie absolutnej klasyki kina, można powiedzieć początkowego etapu rozwoju formy wyrazu, jaką jest kino. Jednak z rozmachem, który powala, sekwencje przejść między planami filmowymi to coś niesamowitego, utrzymane jest to w duchu Jerzego Hasa, a opowiada o kobiecie, która ma dotrzeć do „potwora”, a potem zabiera go do swojego domu. Jest to sekwencja, która łączy pozostałe nowelki, których jest pięć i w nich owy „potwór”, czyli nieśmiertelna osoba, która przemierza czas i historie próbuje się odnaleźć i przetrwać.
Można więc powiedzieć, że film składa się ze wstępu, pięciu nowelek i zakończenia. Pięć wcieleń bohatera, który się zmienia oraz pięć etapów historii kina i ludzkości. Każda z nowelek to zamknięta osobna historia, pod względem czasu mamy tutaj zachowaną chronologie i zaczynamy w czasie wojny, a kończymy w sylwestrową noc roku 1999. Same nowelki pod względem stylistycznym bardzo się od siebie różnią. Nie będę każdej z osobna opisywał, bo raczej mija się to z celem, ale jedne bardziej idą w dramatyczne, spokojniejsze nuty, inne potrafią mieć szybkie tempo i gatunkowo iść w thriller, czy kino detektywistyczne. Bi Gan odnajduje się dobrze w każdym z tych stylów opowiadania, jednocześnie mądrze je łącząc, zęby nie zmęczyć widza, ani go nie uśpić, wszakże to prawie trzygodzinny kawał filmu.
Jest to samo w sobie hołdem dla samego kina, reżyser przez zmienność gatunkowa i stylowa, opowiada jego historię. To jako ono się zmieniło, to, jak jest różnorodne, jednak nie mówi tego wprost i tu możemy przejść do metaforycznej części dzieła. Tak jak poszczególne nowelki różnią się od siebie, tak samo wygląda to pod tym względem. Dla przykładu ostatnia wydaje się najbardziej dosłowna, skupiona na opowieści i akcji, a nie na toczeniu metafor, jednak spokojnie jest to kino Bi Gana i we wcześniejszych opowieściach dosłownie możemy się w nich zgubić. Niektóre głębsze, niektóre dostępne na pierwszy rzut oka, jest wielowarstwowo i daje to potencjał na ponowne obejrzenia filmu, żeby jak najwięcej dla siebie znaleźć.
Wizualnie też mamy bardzo duże różnice pomiędzy opowieściami. Na pewno wyróżnia się początkowa faza filmu, brawurowa, nawiązująca pięknie do kina niemego, jednak korzystając z nowoczesnej technologi do stworzenia zapierających dech w piersi sekwencji. Potem mamy uspokojenie, nowelki są bardziej stonowane i wizualnie różnic ogromnych nie ma, poza ostatnią, która od startu atakuje czerwonymi neonami i umieszczenie jej w dużym mieście sprawia, że i pod względem wizualiów dzieje się tu dużo.
Resurrection to kino, takie przez duże K, historia człowieka opowiedziana przez historię kina. Masa metafor i różnorodność formalna jest niesamowita, a pierwsze dwadzieścia minut tego filmu oraz to jaką klamrę serwuje na koniec, przejdzie do historii kina.
9/10

