Zach Cregger po zeszłorocznym sukcesie “Zniknięć” wraca z adaptacją jednej z najbardziej kultowych serii gier w dziejach.


Samo hasło „adaptacja gry” brzmi już jak spisanie projektu na straty, a przynajmniej niską jakość, jednak Cragger nie raz udowodnił, że potrafi zaskakiwać. Co ważne sam film to nie ekranizacja konkretnej części tylko osadzenie filmu w świecie znanym z serii i puszczenie kilku oczek do fanów. Film zaczynamy, gdy Bryan, kurier narządów dla placówek medycznych dostarcza organ na przeszczep. Gdy ma już kończyć ciężki dzień pracy, dostaje specjalną ofertę za podwójną stawkę. Dla niej kłamie, że ma samochód gotowy do jazdy w górskich warunkach i rusza. Po drodze rozmawia z dziewczyną, która nie jest zadowolona z tego faktu oraz tego, że odkłada rozmowę na ciężki dla nich temat, czyli jej cięży i możliwości jej przerwania. Brak zasięgu kończy ich rozmowę, a zgodnie z oczekiwaniami jego samochód ślizga się w śniegu i niespodziewanie uderza kobietę, która wyszła na ulicę pośrodku lasu.


Chłopak dostaje szoku, jednak postanawia pomóc kobiecie, jest noc, zimno, a kobieta niespodziewanie przeszła po wypadku jakiś dystans i wygląda, że coś jest z nią nie tak. Bryan przypina ją do przedniego siedzenia i wyrusza w stronę szpitala, gdzie ma zawieźć ładunek i teraz dodatkowo kobietę. Jednak za nim pojawia się policjant, który go zatrzymuje. Kurierowi udaje się nawet przekonać go do puszczenia go, choć nie do końca, a może nawet lepiej, bo ma zostać pod policyjną eskortą, a kobieta usiądzie w samochodzie stróża prawa. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów radiowóz wypada z trasy i koziołkuje, Bryan szybko zdaje sobie sprawę, że policjant nie przeżył, a po chwili staje się jasne, że to za sprawą zabranej pasażerki.


Nie zdradzając zwrotów, akcji główny bohater musi uciekać w poszukiwaniu pomocy, a niedługo stawka filmu się zmieni. Acz właśnie nie wchodząc w detale, film to w zasadzie dość prosty w konstrukcji horror. Mamy dziwne zagrożenie, które poznajemy razem z bohaterami (choć fani serii gier zapewne je znają) i bohatera, który w uciecze przed zagrożeniem znajduje dla siebie cel.


Sam horror opiera się na niewiadomej, która stopniowo przed bohaterem, jak i widzami zostaje odsłaniana. Więc można stwierdzić, że napięcie spada? Ręcz przeciwnie, bo film dozuje zagrożenie tak, żeby je stopniowo budować. Dokładając do tego jump scary, które typowo są dość tanim zagraniem, tutaj działają świetnie i nie raz mogą zaskoczyć. W samych scenach akcji film jest bardzo kreatywny, dobrze budując zagrożenie przez otoczenie, ale też do walki z zagrożeniem. Także, dzięki postawieniu w centrum tak zwanego everymana, który pewnie tak jak większość z nas nie potrafi posługiwać się bronią i popełnia dużo głupich błędów.


Tutaj zatrzymałbym się nad kreacją głównego bohatera, bo to kolejny prosty element tego filmu, który działa świetnie. Jak wspomniałem to everyman, który popełnia błędy, ma słabości, ale i widać, że ma serce po dobrej stronie. I film to już na początku pokazuje, gdy pomaga kobiecie potrąconej pośrodku niczego, bez świadków i nagrań z zajścia. Bohater taki jak my, który próbuje odnaleźć się w ekstremalnej sytuacji, a jednocześnie jest na tyle dobrze zarysowany i ciekawy, że kibicujemy mu jeszcze bardziej. Przy okazji, jego komentarze do sytuacji są po prostu bardzo zabawne i jeszcze bardziej go uczłowieczają, tak jak interakcje z innymi bohaterami, które wypadają niezwykle naturalnie, mimo nienaturalnej sytuacji.


Na chwilę przystanę też przy komedii, Cragger przyzwyczaił nas, że miesza masakrę z humorem i tutaj nie jest inaczej. Czy to wspominane komentarze bohatera, rozmowy, czy wyśmiewanie słabości bohatera. Tylko też takie…prawdziwe i rzekłbym z życzliwością, bo kto, trzymając pierwszy raz w życiu broń palną, trafiłby w małą kłódkę, czy przypadkowo nie strzelił sobie w silnik. Humor dobrze kontrastuje z krwawą jatką, którą widzimy na ekranie, jednak nie jest też tanią przeciwwagą. Humor i groza przeplatają się, nachodzą na siebie i zaskakują, tym jak są blisko, ale może dlatego tak dobrze działają.


Wróćmy do faktu, że jest to ekranizacja gry i ten aspekt filmu przemawia do mnie wybornie. Nie da się ukryć, że pod kątem technicznym film prezentuje się bardzo dobrze i to jak wplata w niego elementy gamingu, jak kamerę z pierwszej osoby jest świetne. Dużo też tutaj nawiązań do gier, tych bardziej i mniej oczywistych. Jak kłódki, niemal niemożliwe do zniszczenia, pojazd rozwalający się o małą bramkę czy maszyna do pisania. Co ważne nie jest to wrzucone na siłę, tylko po prostu pasuje do całości, opowiadanej historie czy toczonej akcji.


„Resident Evil” to świetny przykład jak powinno się robić horrory oraz jako powinno robić się ekranizacje gier. I tak jak to pierwsze jest obecnie popularnym zjawiskiem, tak dobre ekranizacje to rzadkość, a wystarczy nie podążać za historią z gier, tylko wziąć to, co w nich najciekawsze, świat i w nim stworzyć własną historię. Tutaj bardzo prostą, acz w tej prostocie tkwi jej siła i może w drugiej połowie film zbyt często łapie się kliszowych motywów, to działa to jako całość, a na zakończeniu i tak zaskakuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *