Bartosz M. Kowalski to niewątpliwie jeden z najciekawszych ludzi w polskiej kinematografii, który znowu spełnia się w slasherach.
Przyznam, że bardzo podobał mi się jego poprzedni film, czyli dramat z elementami horroru, jakim była „Cisza nocna”. Teraz wraca gatunkowo do swoich produkcji „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Zaczynamy bardzo intensywnie, bo od sceny morderstwa, którego dokonuje człowiek z maską „założoną odwrotnie”. Następnego dnia zmarłego mężczyznę znajduje 16-letni chłopak, który staje się niemałą sensacją w szkole, przez co zostaje pobity w toalecie. W tzw. międzyczasie zostaje przesłuchany w niezbyt delikatny sposób przez policję. Jednak to jego siostra jest główną bohaterką tego filmu — po rozmowie trójki: ona, brat i ich ojciec, który wyjeżdża i zostawia rodzeństwo w stanie kłótni w domu.
Jak można się domyśleć, główna bohaterka korzysta z braku rodziców. Chwilę wcześniej dowiedzieliśmy się, że matka rodzeństwa opuściła dom, z czym nie może pogodzić się córka, ale cały czas żywi pozytywne odczucia do matki, gdy jej brat ma wręcz odwrotnie — jednak obwinia swoją siostrę o odejście matki. Podczas ich kolejnej kłótni chłopak ją policzkuje, ale wizyta koleżanki dziewczyny rozluźnia atmosferę. Ta zwierza się, że jest śledzona przez byłą dziewczynę swojego chłopaka. Nie przeszkadza to jednak im zaprosić znajomych i zrobić imprezę, ale tu kolejna klisza — zaczynają się na niej dziać rzeczy niespodziewane.
Rozbijmy to na czynniki pierwsze. Pierwsze czterdzieści minut to tak naprawdę przedstawienie bohaterów i potencjalnego zagrożenia. Widzimy w pierwszej scenie zamaskowaną postać i w szkole słyszymy legendę o woźnym, który rok temu zabił rodzinę i zniknął. No i jeszcze jest dziewczyna, która śledzi główną bohaterkę. Te pionki są ciekawie rozstawione, niestety gorzej jest z bohaterami — tak naprawdę nikt z grupki nastolatków, którzy przebywają w domu, gdy zaczyna się dziać akcja, nie jest ciekawy. To zbiory stereotypów, które w przypadku mężczyzn są upodobnione do znanych raperów, a u kobiet bardziej idą w stronę influencerek. Tak czy inaczej, można podsumować ich jako młodzież z bogatych domów podwarszawskich — akcja dzieje się w Konstancinie, więc pasuje. Może ratuje to obsada? No też nie do końca, a w zasadzie jest to rozstrzał od słabych do nijakich występów.
Pomiędzy tym wszystkim jest… smart home, który zostaje oczywiście zhakowany, ale jest to akurat w porządku motyw, dobrze wykorzystany. Nie wchodząc za bardzo w szczegóły i nie zdradzając za dużo — akcja tego filmu poprowadzona jest naprawdę dobrze. Dlatego też druga połowa bardziej wciągnęła. Z jednej strony to klasyk swojego gatunku, który odhacza niemal wszystkie klisze fabularne, ale mimo to potrafi zaskoczyć i jest zrealizowany dobrze. Nie raz potrafi wystraszyć, są mocne sceny, jak i te kreatywnie, ciekawie przemyślane. Oczywiście trochę trzeba zawiesić niewiarę i nie wszystko jest w stu procentach realistyczne oraz ma logiczny sens, ale naciągnięcie rzeczywistości nie jest na tyle duże, żeby wyrwać z imersji.
„13 dni do wakacji” to bardzo nierówny film, z nijaką pierwszą połową, która przedstawia nam plejadę nieciekawych postaci, żeby potem dać dobrze zrealizowaną i ciekawą akcję w stylu slashera. Kowalski to bez wątpienia ciekawy twórca i widać to w tym filmie, ale nie zmienia to faktu, że to jedna z najgorszych jego produkcji.
4/10

