Laureatka Oscara za film „The Hurt Locker. W pułapce wojny” Kathryn Bigelow wraca ze swoim najnowszym projektem, który miał u nas premierę na Netflixie.
Film wcześniej był pokazywany na festiwalu w Wenecji, gdzie został dość ciepło przyjęty, choć obyło się bez nagród. Tym razem reżyserka bierze się za temat reakcji Stanów Zjednoczonych na widmo wojny, a dokładniej – co się stanie, gdy służby bezpieczeństwa zauważą rakietę lecącą w ich stronę. Historię ukazuje z trzech perspektyw, różnych organów reagujących na te wydarzenia. Za każdym razem zaczynamy spokojny dzień, potem widzimy obiekt, który początkowo jest lekko lekceważony, aż bohaterowie zdają sobie sprawę z zagrożenia. Wtedy też widzimy odliczanie do potencjalnego uderzenia i próby jego uniknięcia.
Tworzenie takiej narracji jest czymś ciekawym, ale i niebezpiecznym jednocześnie. Mamy przykłady świetnych filmów jak Rashomon Kurosawy, Monster Koredy czy tegoroczne Zniknięcia. Jednak taki film może także znudzić z prostego powodu – pokazuje kilka razy to samo. Kluczem jest odpowiednie dozowanie informacji, tak żeby przy trzeciej perspektywie cały czas mieć coś nowego do pokazania. Tutaj film stosuje prostą sztuczkę – każda perspektywa to inny poziom sztabu kryzysowego. Mamy perspektywę osób, które wykryły pocisk, ale nie są decyzyjne. Mamy osoby bardziej decyzyjne, które jednak opierają się w dużej mierze na informacjach od tych pierwszych oraz raportują wszystko prezydentowi, który jest, powiedzmy, tą trzecią perspektywą.
Dzięki temu zabiegowi cały czas dociera do nas tylko część informacji, którą ma dana grupa, plus to, co słyszymy w rozmowach – a każda kolejna perspektywa dodaje nam więcej szczegółów. Choć też duże fragmenty się powtarzają i szczególnie w drugiej perspektywie film potrafi mieć dłużyzny, bo wiemy, co się stanie. Na tym tle lepiej wypada trzecia perspektywa, zbudowana bardziej na emocjach. Nowo zaprzysiężony prezydent, który musi podjąć ważne, moralnie ciężkie decyzje, wydaje się tutaj najciekawszy właśnie pod kątem emocjonalnym.
Za to w pierwszej perspektywie należy skomplementować techniczną maestrię i wielkie przywiązanie do detalu. Pewnie niewielka liczba osób może potwierdzić realność potencjalnej sytuacji i to, czy rzeczywiście tak by się rozegrała, ale film świetnie stwarza pozory, że właśnie tak by było. Wszystkie procedury, które tutaj są ukazane, czy rozmowy na najwyższym szczeblu wojskowym, są niesamowicie ciekawe, a ukazanie ich w bardzo surowy sposób wydaje się być dobrym pomysłem. Szczególnie właśnie że potem w trzeciej perspektywie dostajemy tę emocjonalną, niemal o 180 stopni inną od pierwszej.
Wydarzenia z filmu korespondują z sytuacją na świecie w bezpośredni sposób. Niepewna sytuacja z Koreą Północną i Chinami, tym bardziej z Rosją, i w tym wszystkim USA będące w gruncie rzeczy niewiadomą. Choć film jest z ich perspektywy, to dostajemy sporo wewnętrznej krytyki, która szczególnie wymierzona jest w złe przygotowanie i niekompetencję na różnych szczeblach oraz stawianie interesów prywatnych ponad rolę publiczną.
„Dom pełen dynamitu” ma swoje problemy, ale jest kolejnym przykładem tego, jak zabawą perspektywą można urozmaicić prostą historię. Co ciekawe, podział na trzy perspektywy sprawia, że możemy zobaczyć różne podejścia do krytycznej sytuacji – od analitycznego po emocjonalne. Na to wszystko dostajemy smaczną polewę z aktualnego komentarza społecznego.
7/10

