Hélène Cattet i Bruno Forzani to ekscentryczny duet twórczy, którego filmy do tej pory nie zyskiwały rozgłosu.
Co zmienia ten, mający premierę w Berlinie, a w Polsce został bardzo dobrze przyjęty na festiwalu Nowe Horyzonty, teraz mający premierę kinową. To film, którego fabuła jest niemal nie do opisania. Jednak spróbujmy, zaczynamy od sceny, gdzie na plaży przed hotelem starszy mężczyzna podgląda kobietę. Gdy teraz możemy go nazywać starym obleśnym dziadem, widzimy, że wraca do hotelu i dowiaduje się, że musi uregulować rachunek. Wspomina o zapłacie w diamentach, co zaczyna odblokowywać w nim wspomnienia ze swojej przeszłości. I tu zaczynają się dziać rzeczy, przez wielkie RZ.
Od tego czasu miesza akcje z przeszłości z teraźniejszością. W przeszłości był kimś na wzór służb specjalnych, tajnym agentem do zwalczania niecodziennych przestępców. A w sprawę zamieszane są wspominane diamenty. W tej warstwie film jest rodzajem kina kryminalnego, gdzie nikt nie jest pewny, kto jest czyim sojusznikiem. Choć ciężko w tym filmie o konkretną fabułę, a przemieszanie montażowe scen sprawia jeden wielki chaos.
I to jest piękne, skategoryzowałbym ten film do dzieł, gdzie nie liczy się historia, tylko sam ogólnie rozumiany vibe dzieła. Jest to czysta zabawa sztuką filmową i jej elementami, polana sosem z licznych nawiązań do innych dzieł kultury, którymi dzieło ewidentnie się wzorowało. Sam klimat dzieła mocno przypomina stare opowieści o agencie 007, tylko takie umieszczone na Lazurowym Wybrzeżu. Mamy styl i elegancję, drogie hotele, piękne samochody, ale i dużo groteski i konwencji. Groteska to mało powiedziane, film jest iście absurdalny, we wszystkich swoich elementach.
Najbardziej rzuca się to w oczy w montażu, jest szybko, efektownie, czasem nawet może wydawać się bez sensu, ale też bywa bardzo nowatorski. Dla przykładu mamy bohatera, który mordując, odtwarza znane obrazy podczas morderstw i w momencie zgonu mamy cięcie montażowe na odtwarzany obraz. I tego jest dużo więcej. Absurd jest także w humorze, tutaj najbardziej przypomina twórczość Quentina Dupieux. Czasem są to bardzo złożone żarty, czasem niezwykle proste, swoją drogą montaż też przypomina „Dalllliego” wspomnianego reżysera. W scenach walki też jest dużo absurdu.
Te z kolei najbardziej przypominają te z filmów „Kill Bill” lub twórczość Roberta Rodrigueza. Jest to połączenie brutalności, kreatywności z właśnie absurdem. Bo z jednej strony mamy krwawe walki, gdzie szkło jest tłuczone, krew się leje, a z drugiej paznokcie są najgroźniejszą bronią. Nie zdradzając za dużo, jednym z motywów jest fakt, że jedna z bohaterek poszukiwanych przez głównego bohatera jest zamaskowana. I motyw ujawnienia jej tożsamości z zerwaniem maski, a czasem skóry, która jest maską, jest kreatywnie poprowadzony, a czasem jest też absurdem, który przypomina bajkę Scooby-Doo.
„Błysk diamentu śmierci” to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych filmów roku. To kinofilska zabawa, gdzie możemy wymieniać sobie nawiązania i wpływy na ten film. Co po części sam zrobiłem powyżej, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Jest to jednocześnie kunsztowny wizualnie, absurdalny i ciekawy film formalnie i montażowo. I mimo że po drodze miewa problemy, to umyka to w natłoku tego, co tu się dzieje, a dzieje się dużo i ogląda się to świetnie.
7/10

