Tęsknicie za nowymi filmami Terrence’a Malicka? Mamy go w domu, znaczy na Netflixie, w postaci Clinta Bentley’a.

Przyznam, że było to moje pierwsze zetknięcie z tym reżyserem, ale na pewno nie ostatnie, co może zdradzić moją opinię. Końcówkę roku Netflix ma bardzo mocną i to jeden z dobrych przykładów. Film opowiada historię Roberta Grainiera, mężczyzny pracującego sezonowo przy wyrębie lasu i budowach mostów, z dala od domu. Wraca tam raz na jakiś czas, do żony i córki. Dwójka planuje zmianę tego stylu życia, tylko niestety nie jest to proste, a ich plan zakłada kredyt i wiele miesięcy pracy, która ich rozdzieli.

Jednak po kolejnym wyjeździe Roberta wszystko się zmienia. Robert widzi wielki pożar, który skłania go do wcześniejszego powrotu do domu z pracy. Tam widzi, że dom rodzinny spłonął, a jego żony i córki nie ma na miejscu. Zaczyna poszukiwania ich, podróżując po swoich najbliższych okolicach, a fakt znalezienia ich staje się jego celem życiowym, żeby nie powiedzieć obsesją.

Film ma bardzo szczątkową fabułę, na dobrą sprawę pierwsze dwa akapity recenzji mógłbym skrócić do najważniejszego wydarzenia, jakim byłby powrót Roberta do spalonego domu. Jest to moment kulminacyjny, od którego film zmienia swoją drogę. Do niego skupia się bardziej na tym, jak praca Roberta jest ciężka oraz na tym, jak rozłąka podczas niej wpływa na niego i rodzinę. Z tego wynika cel zbudowania sobie takiego środowiska, żeby nie musiał ich opuszczać, co daje nam pytanie, czy gdyby Robert był w domu, gdy stała się tragedia, to byłby w stanie jej zaradzić.

Po wspomnianym wydarzeniu film przyjmuje dużo bardziej kontemplacyjne tempo, choć w pierwszej połowie tempo było spokojne, to wydaje się, że film jeszcze bardziej zwalnia. Film niby pokazuje poszukiwania rodziny, jednak głównie skupia się na kontemplacji nad wydarzeniami. Temat rozłąki zastępuje temat domniemanej straty. Lecz film porusza inne tematy, również te zarzucone wcześniej, jak na przykład wycinki lasów czy ogólnie rozumianą ekologię z perspektywy początku ubiegłego wieku.

Wizualnie film robi ogromne wrażenie, łącząc świetnie spokojne tempo przedstawione na długich i spokojnych kadrach z pięknymi obrazami natury. Widać tutaj rękę ingerencji człowieka, ale taką sprzed 100 lat, gdzie świeżo budowany most i tak wpasowywał się w krajobraz. Duża jest tutaj też dbałość, jeżeli chodzi o detal oddania epoki w scenografiach i kostiumach, które wyglądają bardzo naturalnie.

Na koniec warto zaznaczyć bardzo dobrą rolę Joela Edgertona jako Roberta. Co ważne, bo film skupia się na nim do tego stopnia, że można założyć, iż jest w trzech czwartych scen, jak nie więcej. Jest to bardzo wyważona rola, niemal ascetyczna, jednak Joel potrafi „przycisnąć”, kiedy potrzeba, tworząc bardzo emocjonalne momenty. Przy tym jest niezwykle naturalny w swojej roli i nadaje tej opowieści pewien rodzaj człowieczeństwa.

„Sny o pociągach” to bardzo dobry przykład snującego się kina, które daje duże pole na przemyślenia, a przy tym ze spójną historią o stracie i bardzo dobrą rolą Joela Edgertona w centrum. Malick byłby, może nawet jest, dumny, choć do najlepszych dzieł mistrza daleko.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *