Lynne Ramsay po ośmioletniej przerwie od „Nigdy Cię tu nie było” wraca wraz z powracającą po krótszej przerwie Jennifer Lawrence.
Twórczyni znana głównie z „Musimy porozmawiać o Kevinie” nigdy do tej pory nie miała tak głośno omawianego filmu. Już podczas premiery w Cannes film był szeroko komentowany, a powrót wspominanej Lawrence po urodzeniu dziecka tylko dodawał rozgłosu. Co ciekawe, to właśnie jest punktem wyjścia filmu, czyli ciąża i narodziny. Zaczynamy historię od burzliwego romansu między dwójką, Grace i Jacksonem, film zwalnia tempo, gdy kobieta jest w ciąży i ci oglądają dom po zmarłym wujku Jacksona, gdzie mają zamieszkać. Nie są to świetne warunki, ale lepsze niż nic.
Przenosimy się do momentu, gdy dziecko ma pół roku, a Grace zaczyna się zachowywać dziwnie, delikatnie to ujmując. Kobieta całe dnie spędza w domu, co zaczyna ją przytłaczać, jednak najbardziej zaczyna doskwierać jej brak bliskości z partnerem, którego coraz dłużej nie ma w domu. Ta nie dość, że jest o to zazdrosna, to jest zazdrosna o własne dziecko, na które Jackson bardziej zwraca uwagę. Kobieta w akcie desperacji zaczyna zbliżać się do swojej teściowej, która niedawno straciła męża i nie potrafi się z tego otrząsnąć. Kobiety starają się pomóc sobie nawzajem, jednak tak jak w przypadku tej starszej to działa, tak Grace popada w coraz większe szaleństwo.
Wisienką na torcie jest prezent od Jacksona, czyli pies… Grace chciała kota, a wiecznie szczekający pies tylko pogłębia jej negatywne stany. Coś to pokazuje dynamikę ich relacji, a w zasadzie brak zrozumienia między nimi, bo przecież chciała czworonoga, no ale nie tego. Film przechodzi przez różne etapy ich problemów, które w dużej mierze wywodzą się z narodzin dziecka. Dokładniej – depresji poporodowej, w którą wpada kobieta, a jej partner nawet za bardzo nie stara się być dla niej wsparciem. Jest to ciekawy temat, który raczej nie był eksplorowany w kinie, przynajmniej na papierze.
Film zaczyna to opowiadać od strony seksualnej: mężczyzna traci zainteresowanie kobietą, przez co ona czuje się odrzucona, z czego potem przechodzi do domniemania zdrady. Nie pomaga tutaj ich nieumiejętność komunikacji, co tylko podnosi poziom frustracji. Co znowu brzmi na papierze dobrze, jednak pierwsze pół godziny filmu są niepotrzebnie przeseksualizowane, a problem ukazany aż nadto dosłownie. Szczególnie że w środkowej części film potrafi w mniej dosłowny sposób opowiadać o problemach w ich relacji i działa to dużo lepiej. Choć niestety w trzecim akcie filmu wracają problemy z dosłownością, tym razem w ukazywaniu problemów psychicznych Grace.
Przez co też mam problem z odbiorem roli Jennifer Lawrence, która przypomina trochę swoją rolę w „Mother!” Darrena Aronofsky’ego. Bardzo cielesną, wymagającą fizycznie, za co szacunek, ale i przeseksualizowaną, co już takie pozytywne nie jest. Z drugiej strony jest Robert Pattinson, który jest aż nadto flegmatyczny, choć potrafi wejść w cięższe stany emocjonalne w drugiej połowie filmu, pokazując swój zasięg aktorski. I finalnie to kreacja Sissy Spacek jako matki Jacksona wydaje się być najbardziej udana.
Problem ze „Zgiń kochanie” jest taki, że sam film nie wie, jaki chce być. Raz idzie w naturalizm, raz w przerysowanie idące w groteskę, a innym razem w górnolotne metafory i nie działa to jako całość. Szkoda, bo temat depresji poporodowej nie był zbytnio wykorzystywany w kinie, a wydawał się ciekawym punktem wyjścia.
6/10

