Rian Johnson wraca do nas z trzecią odsłoną serii „Na noże”.
Tak jak trochę gorzej przyjęte „Glass Onion”, teraz „Żywy czy martwy” trafił prosto na Netflixa, gdzie miał premierę na początku grudnia. Tym razem, stawiając w centrum wydarzeń księdza, wielebnego Jude’a, granego przez Josha O’Conora. Po incydencie, gdzie daje innemu księdzu w twarz, zostaje odesłany do parafii, gdzie nikt nie chce trafić. Ma być tam wikariuszem, na start poznaje Marthę, która pomaga księdzu od kwestii czystości po sprawy biurowe, i jego eminencję Jeffersona Wicksa. Despotycznego proboszcza, który od startu chce pokazać księdzu miejsce w szeregu. Jude po kilku tygodniach pobytu zaczyna zwracać uwagę na to, co dzieje się w parafii, między innymi na to, że ksiądz za pomocą wywoływania strachu utworzył małą grupkę bezgranicznie wiernych parafian.
Wytyka mu to w kłótni, jak wiele innych rzeczy, i przedstawia mu swoje podejście do religii, które zostaje wyśmiane. Po czym podczas następnej mszy Jefferson umiera w nawie bocznej kościoła, podczas mszy świętej. W pustym pomieszczeniu zostaje wbity w plecy zaostrzony kołek. Zbrodnia niemożliwa? Tak, w tym miejscu pojawia się we własnej osobie Benoit Blanc. Zastaje Jude’a leżącego krzyżem podczas modlitwy, gdy zdał sobie sprawę, że całe miasteczko uważa go za sprawcę, a on tak naprawdę chciał śmierci Jeffersona, mimo że tego nie zrobił. Blanc przedstawia mu sytuację i obiecuje pomoc w uniewinnieniu w zamian za pomoc w śledztwie.
W tym momencie zaczyna się prawdziwe śledztwo, które nadaje filmowi ciekawej struktury. Znając poprzednie części, można byłoby spodziewać się zawiązania akcji dużo wcześniej, a tutaj sama zbrodnia i pojawienie się detektywa jest w jednej trzeciej filmu. Co nie sprawia, że akcja wtedy mocno przyspiesza — film bardzo powoli rozstawia pionki na szachownicy śledztwa. Co sprawia, że w momencie finalnego przyspieszenia akcji, które dzieje się w trzecim akcie, działa to świetnie. Sam koncept zagadki nie do rozwiązania i ciągłego natrafiania na fałszywe tropy jest tutaj bardzo dobrze rozegrany, szczególnie gdy opiera się na ciekawych postaciach.
Przeniesienie ciężaru z detektywa Blanca na wielebnego Jude’a daje filmowi powiew świeżości. Z jednej strony ksiądz jest tą bardziej ludzką postacią, z którą łatwiej się utożsamić, a przy tym jego rozterki moralne są bardzo naturalne i prawdziwe. I tutaj Blanc może być w kontrze tą bardziej jaskrawą postacią, detektywem ekscentrykiem, co świetnie działa, gdy nie jest w centrum opowieści przez cały czas, a tylko się tam pojawia. Tu warto zaznaczyć dwie świetne role Josha O’Conora i Daniela Craiga. W drugim planie, czyli wśród miejscowych wyznawców Jeffersona, jest wiele różnorodnych postaci, każda reprezentująca inne grupy społeczne. I wisienka na torcie w postaci samego Jeffersona, w którego wciela się świetnie Josh Brolin.
Natomiast w tle mamy kolejną porcję ciekawych postaci, które reprezentują różne problemy, jakie porusza film. Mamy historię pisarza pogrążonego w niemocy twórczej, od której okopuje się od rzeczywistości i gorzknieje. Czy osobę ze schorzeniem, która bezgranicznie powierza się wierze — a to tylko wierzchołek góry lodowej. Co brzmi jak mocny przesyt, ale filmowi udaje się zgrabnie balansować, tak aby tematy wybrzmiewały, ale też współgrały z historią i budowały postacie. W skrócie świetnie oddając problemy współczesności, oczywiście w nieco krzywym zwierciadle, jednak tylko po to, by podkreślić absurdy naszych czasów. Choć samych absurdów tu mnogość, na których często oparty jest humor. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że najcelniejszy w całej serii. Często też oparty na bardzo dobrze napisanych dialogach, pełnych ciętych konwersacji.
Czy „Żywy czy martwy” to najlepszy film z serii „Na noże”? Dla mnie tak. Prezentuje świetny balans między zbudowaniem angażującego śledztwa, komentarzem społecznym a humorem. Josh O’Conor w centrum tego filmu jest świetny, a Craig jako bardziej drugoplanowa postać łapie dużo świeżości, która niezmiernie ubogaca to dzieło.
8/10

