Ostatnio pisałem o aktorach debiutujących na stołku reżyserskim. Do tego grona dołącza Kate Winslet, której debiut niespodziewanie wpadł na Netflixa.
Ciężko wskazać głównego bohatera tego filmu, jest nim bardziej rodzina, w której nestorka rodu trafia do szpitala. Kobieta w starszym wieku mieszka z mężem i synem, który znajduje ją nieprzytomną w domu i zabiera do szpitala. Tam dołączają do niego dwie siostry, żeby dowiedzieć się najgorszego. Nowotwór, który ma tytułowa June, zaczął się bardzo rozprzestrzeniać, a my dowiadujemy się, że kobieta bardzo długo z nim walczyła. Lekarze wprost mówią, że nie są w stanie zrobić nic więcej, co oznacza, że mogą w tym momencie tylko umilać oczekiwanie June na to, co ostateczne. Rodzina jest zdruzgotana, lecz mimo to między rodzeństwem odzywają się stare spory, a w drodze do szpitala jest ich siostra, która wyjechała.
Gdy June ma zostać wypisana ze szpitala, sama zainteresowana postanawia zostać w nim i tak naprawdę niemal cały film rozgrywa się na sali, gdzie ona leży. Do kompletu rodziny dołącza ostatnia siostra, która jest w ciąży. I tak jak ciężko wskazać przebieg fabuły, całość opiera się na rozmowach i rozwijaniu relacji między bohaterami w kontekście sytuacji, jaką jest powolne odchodzenie June. Tak to wyznacza nam trochę punkt, do którego June chce dotrwać, żeby właśnie zobaczyć wnuki od każdej z córek. Sama June nigdy nie jest poinformowana, jak zła jest jej sytuacja zdrowotna, jednak wraz z trwaniem filmu zaczyna sama się tego domyślać i akceptować swoją śmierć.
Choć to też nie jest jej jedyny cel, od początku filmu dostajemy jasno zarysowany konflikt między jej dwiema córkami, które były na miejscu. Julia, bizneswoman wiodąca z pozoru poukładane życie. Z drugiej strony Molly, która jest bardziej wolnym duchem, która nie jest do końca zadowolona ze swojego życia. Kobiety od lat mają konflikt i jak można się domyśleć, ma to wpływ na całą rodzinę, do tego stopnia, że planują kalendarz wizyt swojej mamy. I brzmi to prosto, ale całe te napięcia rodzinne są niezwykle naturalne, wręcz powiedziałbym prawdziwe. Czy to konflikt sióstr, czy nieoczywista relacja ojciec–syn, czy relacja małżeńska June i Berniego mają w sobie masę autentyzmu w tym słodko-gorzkim wydaniu. Gdzie czujemy więź między tymi bohaterami, ale też dużo niewypowiedzianego żalu, który czasem wypływa na wierzch.
I nie sposób ocenić ten film bez wspomnienia o bardzo dobrze napisanych dialogach. Takich, które potrafią zbudować jakąś historię przeszłości rodziny, dzięki czemu wiemy, że bohaterowie to nie kukiełki, które zaczęły żywot w pierwszej scenie filmu. Dużo w nich naturalności i gdy na przykład zaczynamy wchodzić głębiej w relację Julii z Molly, czujemy ich szczerość, mimo że wiemy, do czego zmierzają. Potrafią w tym zakresie opowiadać o wielu problemach, od wypalenia zawodowego po późną ciążę w średnim wieku. Nad tym wszystkim jest temat godzenia się ze śmiercią, w przypadku June swoją własną, w przypadku jej rodziny — jej członka, który od lat był tym spoiwem. Bo gdy narastały przez lata rodzinne konflikty, to właśnie June była osobą, która zabiegała o to, żeby rodzina trzymała się razem, i to film potrafi świetnie zbudować.
Ważnym punktem jest bardzo dobra obsada tego dzieła, Helen Mirren jako tytułowa June wypada świetnie, wyczuwając niuanse roli osoby godzącej się ze śmiercią, tak żeby nie poszło to w banał. W rolach jej córek mamy duży rozstrzał aktorski od reżyserki dzieła Kate Winslet, przez Andreę Riseborough, do Toni Collette. Każda z tych postaci jest inaczej zagrana, acz tworzą między sobą dobrą synergię. Na koniec Timothy Spall jest z jednej strony uroczo nieporadny, ale też niesie w sobie dużo więcej głębi, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
„Żegnaj, June” należy do wąskiego nurtu filmów o powolnym odchodzeniu. I mimo że nie jest „Miłością” Hanekego czy „Vortexem” Gaspara Noé, to potrafi wzbudzić emocje i powiedzieć nam wiele prawd o nas samych bez nadmiernego patetyzmu.
7/10

