Czy tylko ja mam wrażenie, że w pewnym momencie ten film mało nie wyskoczył mi z lodówki?
Trzeba przyznać, że A24 przygotowało do tego filmu wyjątkowo agresywny marketing, który czasem był ciekawy i kreatywny, a czasem przesadzony i na siłę, ale finalnie film wzbudził duże zainteresowanie. Jest to pierwszy film Josha po rozpadzie twórczego duetu z bratem Bennym, którego film premierował kilka miesięcy temu. Josh opowiada historię tytułowego Marty’ego, amerykańskiego Żyda, tenisisty stołowego z lat 50. I wiem – nic z tego się ze sobą nie łączy. Tenis stołowy nie jest amerykańskim sportem, w latach 50. dyscyplina ta w ogóle nie była poważana. Do tego stopnia, że bohater tego filmu jest drugą rakietą świata w tenisie stołowym, a po rozgrywkach wraca pracować w sklepie z butami.
Od pierwszych minut filmu okazuje się, że to Josh był odpowiedzialny za charakterystyczny styl braci z „Good Time”, czy „Nieoszlifowanego diamentu”. Film od początku ma bardzo szybkie tempo, a pierwsza sekwencja kończy się szybkim stosunkiem na zapleczu wspomnianego sklepu, między Martym a jego partnerką. Podczas napisów dostajemy animację, jak plemnik trafia do komórki jajowej. Przenosimy się kilka miesięcy do przodu: Marty ma wyjechać na zawody w Londynie, które mają uczynić z niego gwiazdę. Problem w tym, że nie ma pieniędzy na wyjazd. Szefem sklepu, w którym pracuje, jest jego wuj, który chce, żeby ten został menadżerem sklepu, a nie marzył o karierze tenisisty stołowego. Marty widzi ten fakt jako sabotaż i po godzinach wraca do sklepu odebrać swoje wynagrodzenie. Czego nie chce zrobić jego kolega z pracy, więc ten mu grozi, czym wymusza od niego pieniądze na bilet do Londynu.
Na turnieju w Londynie dochodzi do niespodzianki: z japońskich sportowców zostaje zniesiony zakaz podróżowania. Marty, jak i jeden z Japończyków, gromią wszystkich po kolei, w tym Marty pokonuje dotychczas najlepszego tenisistę stołowego na świecie. W międzyczasie zaczyna gwiazdorzyć, wynajmuje apartament w drogim hotelu na koszt organizatorów oraz podrywa gwiazdę kina z dawnych lat, która mieszka w tym samym hotelu. Finalnie przegrywa finał turnieju z Japończykiem, przez co wraca niemal z niczym. Od tego momentu zaczyna się spirala nawarstwiających się problemów znanych ze starszych filmów braci Safdie. Wujek chce aresztować Marty’ego za napad, ten ucieka z domu przez pracę swojej dziewczyny, która okazuje się być w zaawansowanej ciąży i sugeruje, że to Marty jest ojcem.
A to tylko jej początek i jak można się domyśleć, elementami tej spirali będą wszystkie zapoczątkowane wcześniej wątki, które film bardzo umiejętnie łączy z nowo wprowadzonymi. Akcja prowadzona w tym filmie jest niesamowita: jak przez ponad dwie i pół godziny film potrafi utrzymać uwagę widza, ba – narzucić niesamowite tempo, z którego nie schodzi na moment. Nadaje to świetnego efektu, który powoduje wręcz stres u widza, który co chwilę jest zaskakiwany nowym problemem, nowym wątkiem. Tu rozwiązanie jednego problemu powoduje dwa nowe, z których obu widz się nie spodziewa, a wychodzą kolejne. Tak w pozornej historii o tenisiście stołowym mamy wątek poszukiwania psa człowieka mafii, czy romansu ze wspomnianą aktorką, która jest żoną milionera, od których wpływów Marty staje się zależny.
W samym głównym trzonie to opowieść o wielkim krętaczu. To, co Marty potrafi robić, to oszukiwać i grać w tenisa stołowego. Po drodze widzimy, jak wielokrotnie oszukuje ludzi w celu zyskania kolejnej szansy na zostanie najlepszym tenisistą stołowym, co w dużej mierze sprowadza się do pozyskania nieuczciwie pieniędzy na wyjazdy na turnieje, w których widzi szansę na odwrócenie swojego losu. Tylko że próbując pozyskać fundusze, zawsze pakuje się w większe kłopoty. A nadto mamy wątek ciąży: jak się okazuje, dziewczyna, z którą spodziewa się dziecka, ma stałego partnera, co stara się wykorzystać Marty, wmawiając, że to nie jego dziecko. Jeżeli w filmie mówimy o jakiejś drodze bohatera, to właśnie jego akceptacja, że jest ojcem, i przyznawanie się przed sobą, ale i nie tylko, jest motorem do zmian – ale bardzo subtelnych. Bo ponad wszystko Marty to oportunista, taki, który nie cofnie się przed niczym.
I Marty to też wielka rola Timothée Chalameta. Amerykanin w ostatnich latach poszedł w stronę ról w kasowych produkcjach, które były w większości dobre, acz nie tak dobre. To zdecydowanie była jego najlepsza rola od lat: bardzo intensywna fizycznie, ale też bardzo niełatwa emocjonalnie. Bo Marty’ego bardzo łatwo nie lubić, wytykać jego błędy, złe zachowania, oszustwa, a finalnie i tak mu kibicujemy i mamy nadzieję, że się uda. To paradoks, jaki wybitnie udało się stworzyć w tej postaci. Tak, że przyćmiewa całą obsadę. Oczywiście jest bardzo dobra rola Abela Ferrary, czy zaskakująco dobra muzyka Tylera, the Creatora. Jednak zdecydowanie tutaj Chalamet kradnie show całości.
Na koniec zostawiłem tenis stołowy – sport, który sam uprawiałem na poziomie półamatorskim i jestem pełen podziwu dla oddania tego sportu w filmie. Tak, jest lekko podkoloryzowany, a wątek rakietki Japończyka przesadzony, ale też nie jakoś strasznie. A buduje to widowiskowość, która jest ogromna. Pokuszę się o stwierdzenie, że film może wpłynąć na popularność dyscypliny. Do tego Safdie potrafi budować napięcie także w obrębie meczów, które potrafią być po prostu mega emocjonalne.
„Wielki Marty” jest prawdopodobnie najbardziej angażującym filmem w odbiorze, jeżeli chodzi o ten sezon nagród. To niesamowicie intensywny film, który utrzymuje świetne tempo przez dwie i pół godziny. Film, który jednocześnie jest bardzo przyjemny w odbiorze, ale też bogaty w warstwie interpretacyjnej, ze świetną rolą Timothée Chalameta.
8/10

