Tegoroczny zwycięzca festiwalu w Berlinie, czyli kolejna część trylogii Oslo na naszych ekranach.

Po „Miłości” przyszedł czas na „Sny o Miłości”, choć oryginalne „Dreams” pasuje bardziej. Dag Johan Haugerud rozbił bank w Berlinie, wygrywając Złotego Niedźwiedzia, ale też kilka nagród branżowych. Opisuje on historię szesnastoletniej dziewczyny, Johanne. Na start filmu dostajemy dialog z kolegą, gdzie opowiada o książkach, a potem słyszymy jej narrację o tym, jak zakochała się na wakacjach w jednej z książek babci. Potem sama napisała książkę i – trochę uprzedzając fakty – narracja tego filmu to właśnie ta książka. Momentem zawiązania akcji jest chwila, gdy jej klasa poznaje nową nauczycielkę języków, jej imienniczkę, Johanne. Dziewczyna nie może oderwać wzroku od kobiety, w skrócie zakochuje się w niej, choć sama potrzebuje sporo czasu, żeby to przyznać przed sobą.

Na początku zaczyna się zwierzać koleżankom, ale bardzo ogólnikowo; te sugerują jej pomoc psychologiczną, jednak Johanne zamyka się w sobie. Zaczyna być zazdrosna o innych, miewa wahania nastroju i oczywiście ukrywa swoje uczucie przed nauczycielką. Aż pęka – pewnego wieczoru odnajduje jej mieszkanie, biegnie tam, żeby wyjawić wszystko, jednak mimo ciepłego przyjęcia tak się nie dzieje. Wtedy film przeskakuje w czasie rok później, podczas którego nauczycielka zmieniła pracę i zniknęła z życia głównej bohaterki. Ta opowiada, że spisała ich historię i nosi ją cały czas przy sobie. Decyduje się dać ją do przeczytania babci–pisarce; ta jest pod wrażeniem umiejętności pisarskich, ale i trochę przerażona historią, i chce, żeby dziewczyna podzieliła się nią też z matką.

Film ma bardzo ciekawą strukturę. Najpierw skupia się na poznaniu bohaterki i początku relacji z nauczycielką, potem przeskok w czasie i ujawnienie historii babci, a po chwili matce, które zaczynają rozmyślać nad bezpieczeństwem Johanne i moralnością sytuacji. I tu nagle narracja postępuje dalej i okazuje się, że wspomniane spotkanie, na którym urwała się narracja, nie było jedynym tej dwójki. I nie będę zdradzał, ale w tym momencie wszystko okazuje się bardziej złożone niż na początku. Nadaje to ciekawe warstwy tej z pozoru bardzo prostej historii.

Jednak czy to źle, że historia jest prosta? Wręcz odwrotnie – często klasyki kina to filmy, które w zajmujący emocjonalnie sposób opowiadają proste historie. I nie inaczej jest tutaj. Film bardzo szybko łapie widza, bo przecież kto nie przeżył swojego pierwszego zauroczenia oraz wszystkich emocji z tym związanych. Oczywiście, może nie była ona skierowana do dorosłego nauczyciela, ale schemat znamy, a lekkie odejście od niego nie sprawia, że nie czujemy tych emocji. Ba – czujemy całe ich spektrum, a film świetnie ukazuje ich gamę i konsekwencje, jakie się z nimi wiążą. Perspektywa nastolatki sprawia, że jako widz możemy często powiedzieć „byliśmy tam”. Widzimy jej naiwności, ale film ich nigdy nie ocenia – pokazuje je z szacunkiem jako element drogi, poznawania siebie, którym jest dorastanie.

W tle dostajemy także równie ciekawe historie: matka głównej bohaterki, która samotnie ją wychowuje, jednocześnie próbuje ponownie odnaleźć szczęście. Film nie tłumaczy jej sytuacji, co można by uznać za niedopowiedzenie, ale tu także szanuję, że film nie tłumaczy za dużo – daje tyle informacji, ile potrzeba, czasem nawet za mało, żeby widz mógł chwilę poczekać w niewiedzy i dać się zaskoczyć. Potem babcia, pisarka, która nie czuje się do końca spełniona i zaczyna rozmyślać, czy nie straciła za dużo życia pisząc, a nie żyjąc, obecnie już pogodzona z losem. I tu też warto dodać, że dialogi między dwiema kobietami są świetne – masa tam szczerości i emocji, które często w życiu nie zostają wypowiedziane.

Tak, dialogi u Haugeruda są świetnie napisane, chyba nawet lepiej niż w „Miłości”, gdzie były one mniej subtelne. Choć tutaj film też potrafi grać komedią, często w bardzo nieoczywisty sposób. Nawet obrywa się psychologowi tekstem ze wspomnianego wcześniejszego filmu Norwega, a przy tym film pokazuje, jak ważna jest komunikacja przy problemach psychologicznych. Co osobiście bardzo szanuję, zwłaszcza że jest to potem wykorzystywane w materiałach promocyjnych filmu do zachęcania młodych do kontaktu ze specjalistami, gdy mają problemy w tym zakresie.

„Sny o Miłości” to najlepszy laureat Złotego Niedźwiedzia od „Niefortunnego numerka…” Radu Jude, a tak jak rumuński reżyser ma specjalne miejsce w moim sercu, tak Norweg bez wątpienia tam trafia. To niezwykle emocjonalne kino, bez grama banału i fałszu, a z niezwykłą szczerością – także w poruszaniu trudnych tematów. Przy tym film, z którym łatwo się utożsamić – nie tylko żeby poczuć się dobrze, ale może nawet wyciągnąć coś dla siebie.

One thought on “Sny o miłości – Recenzja”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *