Od zakończenia serialu minęło już wiele lat, a dokładniej tyle, ze Netflix postanowił wycisnąć w postaci filmu markę „Peaky Blinders”.
Tom Harper, czyli reżyser tego filmu ma na koncie kilka produkcji, które jednak nie zyskały szerszej rozpoznawalności. Ten film miał to zmienić za sprawą silnej marki oraz znanej obsady. Zaczynamy jakiś czas po zakończeniu wątku serialowego, Tommy Shelby żyje z dala od świata, pisząc swoje wspomnienia i kontemplując życie. Oczywiście tutaj następuje przerwanie tej depresyjnej sielanki, Tommy coraz częściej słyszy głosy i jego przeszłość go dopada, natomiast teraźniejszym odwzorowaniem jego stał się jego syn Duke. Młody mężczyzna, wychowany w cieniu, niemal na wygnaniu zaczął trząść miastem, a co grosze zaczął współpracować z Johnem Beckettem, kolaborantem z nazistami.
Tak, akcja rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej. Chociaż nie na tym skupia się film, główną osią jest relacja ojca z synem. Jest w niej dużo żalu za przeszłość, nierozstrzygniętych spraw, ale też pozytywne emocje. Duke mimo wszystko podąża w śladami ojca, choć jego działania są bardziej agresywne, często mniej moralne, potęgowane współpracom ze wspomnianym Beckettem. Kiedy swoistą mediatorką stara się stać Ada, siostra Tommy’ego sprawy przybierają bardzo osobisty charakter.
Zacznę od mojego największego problemu z tym filmem, czyli to, że przez całe swoje trwanie nie sprawił, żebym poczuł, że powstał po coś. Nie mówię tu o celach ekonomicznych, ale twórczych. Serial wydawał się zamkniętą historią, tutaj kończymy niektóre wątki, idąc właśnie mocno w tę relację ojciec-syn. Jednak wszystko wydaje się tak miałkie, że nie czułem ani razy potrzeby dopowiadania tego. I tak jak serial dostarczał nam ciekawych bohaterów, tak tutaj są niebywale niewyraźni. Tommy w swoim życiu po życiu jest tak znudzony, że sam nudzi, rozumiem dramat bohatera, z którym jeszcze widz związany jest wiele sezonów, niestety sprzedawany jest on strasznie topornie. Tak jak postać jego syna, która usilnie jest kreowana jako ta bardziej szalona wersja ojca. JednyieJohn Beckett grany przez Tima Rotha wydaje się przez pierwszą połowę ciekawym ukazaniem oportunizmu w czasie wojny, jednak potem rozpisany jest w najbardziej oczywisty sposób.
Jak to w „Peaky Blinders” mamy też akcji, się jakoś sporo, choć trzeba przyznać, że same sceny akcji ogląda się dobrze. Bywa efektownie, często potrafią utrzymać w napięciu i nawet zaskoczyć. Do tego też dobrze imitują realia historyczny i mają ten swój charakterystyczny sznyt. Wizualnie jest on też bardzo mocno widoczny, jednak tutaj zaczynają się inne problemy, które sceny, czy dłuższe sekwencje wyglądają dobrze, klimatycznie, kardy potrafią być świetne. Jednak są pojedyncze sceny, które wyglądają jakby były kręcone na makietach, a czasem jakby były średnim renderem w grze. Potrafi to wybić z imersji dobrze odwzorowanych realiów historycznych.
Żebym tako każdym punkcie nie narzekał to wspomnę o muzyce. Soundtrack jest absolutnie świetny, na pewno zostanie, że mną na dłużej i będzie słuchany w oderwaniu od serialu. Utwory mają świetną energię, której nadają sceną, a natężenie ich jest ogromne… aż przesadzone. Tak jak sam soundtrack jest świetny, to i w czymś takim może być przesyt i czuć jakby niektóre sceny były „dofajniane” na siłę.
No i po co to wszystko? Żeby na dwie godziny wrócić do bohaterów, których lubiliśmy, ale oni są już tak tym wszystkim znudzeni, jak widz podczas seansu. Niestety, jeżeli dwa główne określenia to miałkość i przewidywalność to nie jest dobry powrót.
5/10

