Bez wątpienia jedna z najważniejszych premier tego półrocza, absolutny hit kasowy w USA podbija też nasze kina.


Pamiętacie „Marsjanina”? Film na podstawie książki Andy Weira. To już druga tak duża adaptacja jego twórczości Sci-Fi. Tym razem historia opisuje bardziej odległą wyprawę kosmiczną. Zaczynamy od sceny, gdy na statku budzi się mężczyzna, pośród zaawansowanej technologi zostaje sam i odkrywa, że reszta jego towarzyszy nie żyje. Sam po wybudzeniu nie pamięta niemal nic i orientuje się, że jest niesamowicie daleko od ziemi, w miejscu bez powrotu. Zaczyna więc przeszukiwać statek w poszukiwaniu rzeczy, które odblokują jego pamięć. Widz razem z nim to odkrywa, bo historia toczy się dwutorowo. Okazuje się, że nasz bohater, Grace jest byłym naukowcem, który został odepchnięty na bok za swoje radykalne poglądy i został nauczycielem w szkole.


Tylko że światu grozi kataklizm w ciągu najbliższych trzydziestu lat, a jego stare teorie mogą okazać się prawdziwe. Przez co zostaje wciągnięty przez rząd w tajny program. Mimo początkowych oporów zgadza się, a my dowiadujemy się, że od słońca do wenus powstał pas mikroorganizmów spoza naszego układu słonecznego, które niemal dosłownie wysysają energie ze słońca. Jednak nie dzieje się to tylko u nas, ale w innych układach słonecznym, poza jednym. To właśnie cel misji, dosłownie mówiąc „polećcie zobaczyć, czemu tam jest inaczej”. Po dotarciu na miejsce Grace trafia na bardzo zaawansowany statek, który początkowo go śledzi, a potem nawiązują kontakt. Okazuje się, że to kosmita, który przyleciał w tym samym celu i też jako jedyny przeżył lot na swoim statku.


Od tej pory dwójka mimo różnic i problemów w komunikacji zaczyna współpracować, a my poznajemy dalsze przygotowania do misji, które sprawiły, że Grace poleciał. Przyznam, że jestem dużym fanem opowiadania historii w ten sposób. Mimo że jako widz wiemy, do czego historia zmierza, to jej odkrywanie jest bardzo ciekawe, oczywiście to też zasługa, że sama historia jest po prostu doba. Jednak podział w ten sposób i nieopowiadanie tego liniowo sprawdza się tu świetnie, tym bardziej że opowieść „teraźniejsza” i „przeszła” świetnie współgrają ze sobą.


To, co podkreślali fani książkowego oryginału to, że ciężko będzie przenieść humor z niej do adaptacji. Co zaskakująca właśnie wyszło, humor jest prosty i skuteczny. Jest to połączenie nerdowskiego humoru z antyhumorem i jest w tym niezwykle uroczy. Dużo opiera się tutaj o relacje między Grace i kosmitą, która jakkolwiek nie zabrzmi, przypomina to z „Głupiego i głupszego”, tylko to dwójka inteligentnych naukowców. No właśnie inteligentnych naukowców, którzy są w kropce i poza swoja strefą komfortu i często wypadają w tym głupio, ale przy tym film ma dużo empatii do bohaterów. Może momentami powiedzieć, że nawet za dużo, bo ostatnie pół godziny wchodzą w takie słodko-patetyczne nuty.


Na szczęście to końcówka, choć cały film ociera się o patetyzm i bycie uroczo-zabawny, to tylko na koniec przegina. Co przez większość jego czasu jest ogromnym plusem, bo daje to wrażenie przestępnego kina, bardzo przyjemnego w odbiorze, a jednak film dobrze sprawia wrażenie naukowego dzieła. Nie będę oceniał niczym Sci-Fun w swoich analizach, czy film ma logiczny sens, ale taki sprawia, a ciągłość przyczynowo-skutkowa jest zachowana.


Tak jak w „Marsjaninie” matt Damon stał w centrum filmu przez jego absolutną całość, tak samo tutaj mamy niemal one man show Ryana Goslinga. I przyznam, że wychodzi mu to nawet lepiej, oczywiście jest to dość sztampowy „cool-nerd”. Kreowany na niby przegrywa, ale tak naprawdę ratujący całą sytuację bohater, choć finalnie okazuje się, że jest bardziej złożoną postacią, niż się nam wydaje. Gosling odnajduje się w tym, jak ryba w wodzie, jest niezwykle naturalny w swojej roli i po prostu dobrze ogląda się go na ekranie. Całość dopełnia świetny James Ortiz w roli głosowej kosmity oraz Sandra Huller jako kontra dla głównego bohatera, oschła szefowa tytułowego projektu, ale świetnie grająca antyhumorem.


„Projekt Hail Mary” to sto-sześćdziesiąt minut świetnej zabawy w kinie Sci-Fi, może z przesadzoną końcówką, acz jako całość niezwykle przyjemny film w odbiorze z wyważonym humorem, ale zachowaną powagą, kiedy trzeba. Nie dodałem, że wygląda genialnie? To tym zakończę, wygląda genialnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *